🍻 Lampa Z Tykwy Jak Zrobić
Jak zobaczycie po tym czasie, sporo płynu ubyło z kalebazy. To święty Tomasz nam podpija. 2. Wylewamy wodę i płuczemy zimną wodą, żeby naczynie było czyste. Można też dodać też wódki do wody, podobno to pomaga. 3. Teraz trzeba wygrzebać tę gąbkę, można użyć łyżeczki lub nabierki herbacianej. I zaczynamy wydrapywać.
Jak zrobić taki żyrandol? Karton lub tekturę falistą wycinamy w dowolnym kształcie, jaki chcemy, żeby w rezultacie otrzymała lampa. Może to być coś pomysłowego, jak ten widoczny na zdjęciu, a może być np. w kształcie kuli, która jest o wiele prostsza w wykonaniu – wystarczy wyciąć 4 równe koła i przeciąć je w połowie.
Aby przyspieszyć kiełkowanie nasion, możemy skorzystać z jednej z następujących metod: - stratyfikacja – polega na celowym uszkodzeniu okrywy nasion, które ułatwia dostęp wilgoci oraz powietrza do ich wnętrza. Stratyfikację można przeprowadzić na kilka różnych sposobów. Pierwszym z nich jest moczenie – zanim umieścimy
Przedmiotem sprzedaży jest lampa Zorya wykonana ręcznie z tykwy. Została ona wykonana kilkoma technikami: wypalania, wiercenia, malowania i makramy. Jest to wyrób rękodzielniczy, więc możesz być pewien, że nie znajdziesz drugiej takiej. Dzięki wywierconym dziurkom tworzy niepowtarzalny nastrój każdemu wnętrzu.
Taki trochę bardziej złożony, z podziałem na trzy części. Po kilku dniach udało się w końcu coś naszkicować. Wykonanie całości zajęło więc sporo czasu, ale chyba się opłacało. Podświetlony salon, w którym stoi lampa wygląda przepięknie. Mam nadzieję, że i Wam spodobała się moja lampa:)
Monika Madejek połączyła pasję, talent z miłością do natury. Mieszka na wsi, hoduje tam tykwy i wyrabia z nich piękne przedmioty. Jakie? Co daje jej obcowanie z naturą? Jak rodzina reaguje na jej pasję? Z Moniką spotkała się prowadząca cykl Naturalnie! Agnieszka Cegielska. Mogliśmy zobaczyć, jak sadzi się tykwy.
Lampa z tykwy, tykwa. Autor: cemilia Kategoria: Oświetlenie Dodano: 2011-02-21, 18:12 Lampa wisząca, sufitowa ale może równie dobrze służyć jako kinkiet.
Zarówno supełki, jak i łączniki wciskamy do rurek za pomocą np ostrych nożyczek. Pamiętamy by nie robić zbyt dużych supełków (nie chcemy, żeby nasza słomka pękła). To jeden z najtańszych, najprostszych, a zarazem najbardziej efektownych projektów na blogu. Wszystko zostało wykonane z rzeczy, które znalazłam w domu.
Oświetlenie w domu jak najbardziej może być też bardzo trafną ozdobą. Od razu trzeba zaznaczyć, że lampa DIY którą tutaj zrobimy będzie sporych rozmiarów a próba zrobienia mniejszej może nam się nie udać z tego względu, że po prostu mało estetycznie to będzie wyglądać.
tKSwD. Artykuły DIY czyli Zrób to sam podobają Wam się chyba najbardziej ze wszystkich ;] Zapewne dlatego, że jesteśmy najbardziej pomysłowym narodem pod słońcem ;] Dziś mam dla Ciebie bardzo dobry temat na Zrób to Sam mianowicie – LAMPY! Lampa to przedmiot który obowiązkowo musi znaleźć się w portfolio każdego designera, artysty, performera – dlaczego więc nie ma również znaleźć się w Twoim osobistym dzienniku pod tytułem “zaprojektowałem i zrobiłem to od podstaw”! Ciesz się swoją ambicją, daj się ponieść fantazji, bądź maksymalnie kreatywny! Obejrzyj 21 pomysłów na lampę w mieszkaniu. Niektóre z tych idei są naprawdę bardzo tanie, inne banalnie łatwe w wykonaniu a wszystkie mają jeden wspólny mianownik – ZROBIŁEŚ TO SAM i musisz koniecznie się tym pochwalić!! DIY – Zrób to Sam – stwórz własną lampę! Lampa dobra na dobry sen ;] Taką lampę możesz zostawać jako oświetlenie nocne w pokoju dziecięcym, w korytarzu albo kawiarni (tylko może z innym napisami?). Jak ją zrobić? Proste! Kub blejtram (w sklepie dla plastyków) albo nabij płótno na ramkę z drewna, naklej napis z literek samoprzylepnych, pomaluj czarną farbą front, odklej literki a w środku ramy zamontuj żarówkę – mleczne delikatne oświetlenie w formie obrazy na ścianę gotowe! Jesteś właścicielem herbaciarni i lubisz nietypowe rozwiązania? Osobiście wolałabym więcej tych imbryków w jednym miejscu, kolekcję można jednak zacząć od takiej ilości. Lampa z dzbanka do herbaty? Proszę bardzo! Lampy ze słoików i każdego rodzaju szkła z recyklingu to dziś bardzo popularny temat lampowego DIY. Zobacz jak zorganizowano listwę w której prowadzone są instalacje – sprytne, tanie i łatwe do wykonania samodzielnie. Niebiańska lampa z waty? Możesz kupić najtańszy zestaw obsadka + kostka + kabelki i np. abażurek z Ikei? To wszystko oblecz watą. Powtórz to kilka razy – stworzy to kompozycję z niebiańskich puszystych kul. Ciekawa lampa? Lampa inna niż wszystkie? Stare instrumenty – np. perkusja posłużą Ci za abażury! Świetna, modna lampa wykonana samodzielnie? Naśladuje design całkiem drogiej lampy a możesz łatwo zrobić ją w domowym zaciszu np. ze starego koszyka na owoce ;] Retro lampa? Na długi kabelek możesz nawlec drewniane elementy toczone. Dostaniesz takie np u stolarza. Należy je przewiercić i lampa gotowa! Surowy design lampy czy drugie życie eko-odpadków? Taką lampę zrobić możesz ze starych koszy na śmieci ;] Romantyczna retro lampa zrobiona z abażurków a;la babciny nakastlik ;] Z pewnością takie abażurki można upolować na pchlim targu, kleparzu a może też w sklepie z tanimi ciuchami. Kilka białych kabelków, obsadki, oczywiście kostka rozdzielająca i retro abażurki ;] Zrób to Sam – kinkiet – gotowy! Tutaj – krok po kroku – jak zrobić lampę ze słoików – zainspirujcie się – to nie jest takie trudne! Abażury z tub starych gramofonów? Bardzo retro i bardzo ciekawe rozwiązanie ;] Jak zrobić piękną i bardzo modną lampę z łusek krok po kroku – tak powinno wyglądać każde DIY, prawda? Etniczna lampa na stalowym ruszcie otoczona drewnianymi gałązkami? A może cynamonem?? Fajny pomysł ;] Potrzebujesz do tego 2 metalowych obręczy i gałązek i .. odrobiny cierpliwości i czasu. Najbardziej kontrowersyjna lampa z tych które dla Ciebie dziś wybrałam – Abażur tej lampy zrobiony jest z okularów ;] Czasem można kupić takie na targu w bardzo dobrej cenie więc dlaczego nie zrobić z nich .. lampy ?? DIY to bardzo kreatywny sport ;P Twoja babcia ma sitko do przesiewania mąki?? Nie używasz go już albo masz drugie? Jedno z tych sitek może posłużyć Ci za abażur do lampy! Bardzo trendy! Kolej na mój następny ulubiony DIY pomysł na lampy zrób to sam z … globusów ;] Oczywiście jeśli tylko posiadasz jeden jedyny globus lepiej edukuj dzieci albo siebie od czasu do czasu i nie niszcz go. Globusy można kupić na pchlim targu lub w sklepie z tanią odzieżą – łatwo jest je rozbroić i użyć do stworzenia tego fantastycznego widowiska światełek ;] Tutaj kolejna budżetowa wersja lampy od projektanta. Ta zrobiona przez Ciebie składa się z przyklejonych do siebie kartoników na cup-cake (babeczki? – nie wiem jak t nazwać bo nie gotuję ;P). Na koniec trzy przykłady na zrób to sam – lampę z .. butelek ;] Tutaj piękne zielone butelki po winie zamocowane do obręczy (po beczce) albo innej drewnianej umieszczone nad stołem jadalnianym. Bardzo dobry z plusem ;] Lampa z zielonych butelek odciętych na różnych wysokościach i zawieszonych również na różnych wysokościach na stołem jadalni. Listwa i skrzynka obudowująca instalację elektryczną drewniana. Butelkowa kulminacja – lampa z pęku rozciętych zielonych butelek. Takie intensywne i obszerne lampy pasują do wysokiego sufitu kamienicy. Uważaj byś nie przesadził z wizualną ciężkością lampy którą wykonujesz! W niewielkim wnętrzu bloku z wysokością sufitu 2,50m nie każda lampa będzie wyglądać dobrze! Jeśli masz ochotę na inne posty z kategorii DIY zobacz: 1. Jeansy i to jak możesz zastosować je we wnetrzu 2. 40 pomysłów na wezgłowie łózka 3. DIY dla domu i wnętrza- 10 ciekawych pomysłów PD Architekt pozdrawia i przeprasza za niedziałający serwer! AKTUALIZACJA Często zamieszczam niektóre inspiracje na serwisie Lampa Sweet Dreams zrobiła tam wielką karierę i bardzo podobała się internautom. Użytkowniczka ww serwisu, Pani Maggie20 na podstawie inspiracji zrobiła SWOJĄ WŁASNĄ LAMPĘ SWEET DREAMS! Maggie20 pozwoliła również na umieszczenie swojego dzieła w poście. Wszystko po to, byście mogli jeszcze bardziej inspirować się, zobaczyć, że wszystko jest możliwe i zabrać do dzieła! Poniżej, własnoręcznie wykonana przez Maggie20 Lampa Sweet Dreams ;] Lampa wykonana przez zainspirowaną internautkę Maggie20 ;] TO SIĘ NAZYWA POZYTYWNA MOTYWACJA moi drodzy czytelnicy! Dziękuje za możliwość udostępnienia działa. Gratuluję wykonania ;] Rating: (22 votes cast)DIY - Zrób to Sam - zaprojektuj swoją własną lampę! + Aktualizacja, out of 10 based on 22 ratings
Z tej strony:INFO > SALE, PRICEAt this moment my lamps can be purchased through me only, however I am open to proposals from Art never repeat the patterns of my lamps, that’s why you cannot find prices of already sold lamps on my takes between 2 and 4 months to create one firstly I create a lamp and then I put it for sale. I inform about upcoming publication about a week ahead via my the lamp appears on my website it becomes available and “first come first served” rule is applied. I also send another informing newsletter straight price of my lamps depends on their size, design and the price for the smaller lamp of the Stilla type is 2,500 USD / 2,200 cost for bigger table lamp like Butterfly or Questa is 7,000 USD / 6100 cost of big floor lamp is at least 9,000 USD / 7,900 akapit większości wszystko wyjaśni, a co do możliwości zkupu:I’m sorry, in this moment all my lamps are I’m finishing my new floor lamp. I will publish the pictures in the second half of January. For all information about sale, prices etc. please visit INFO you want to be informed about new lamps, please subscribe to my Newsletter
Wyobraźcie sobie sytuację, że na Instagramie obca osoba poleca Wam pewnego artystę. Wchodzicie na jego profil i wpadacie w zachwyt. Lampy wykonane z tykwy czarują pięknymi świetlnymi wzorami rzucanymi na ścianę. Spontanicznie piszecie do twórcy marki wiadomość – doceniacie projekty, dzielicie się swoimi odczuciami. Odpisuje. Wywiązuje się między Wami rozmowa, która przeradza się w dyskusje o kondycji rzemiosła i polskich artystów. W czasie korespondencji szukacie informacji o rozmówcy – okazuje się, że człowiek po drugiej stronie to Przemek Krawczyński, a jego lampy znajdują odbiorców na całym świecie. On również sprawdza, kim jesteście – docenia działania Projektu Pracownie, dopytuje o bohaterów dotychczasowych publikacji. Po kilku godzinach wymiany wiadomości wspólnie podejmujecie decyzję o realizacji materiału w pracowni artysty. Zaproszenie twórcy Calabarte staje się dla nas kolejnym bodźcem – czas na wyjazd z Warszawy, jedziemy do Łodzi! Decyzja o wyjeździe do Łodzi kiełkowała w naszych głowach już od dawna. Wiemy, że wiele warsztatów działa właśnie w tym mieście. Umawiamy się z Przemkiem, proponujemy spotkanie Tartarudze (wywiad już niebawem!), pakujemy dyktafony, aparat i porannym pociągiem obieramy kierunek: Łódź Fabryczna. W czasie podróży rozmawiamy o działalności marki Calabarte – wywiad ze zdolnym artystą jest pierwszy na naszej liście. Lampy wykonane przez Przemka Krawczyńskiego zdobią wnętrza w Rosji, Arabii Saudyjskiej, USA, Kanadzie, Wietnamie, Meksyku czy Malezji. O jego twórczości rozpisują się magazyny i serwisy traktujące o designie na całym świecie, w książkach o designie znajdują się rozdziały poświęcone działalności łodzianina. Polskie media właściwie milczą o jego twórczości. Jesteśmy zaskoczeni otwartością Przemka, jego zaproszeniem, chęcią poświęcenia nam czasu, podzieleniem się swoją historią. Na wywiad w Łodzi umawiamy się po południu. Chcemy zobaczyć efekt, jaki dają lampy na żywo. Kiedy docieramy pod wskazany adres, artysta i jego żona – Lena, witają nas z wielką życzliwością. To partnerka Krawczyńskiego, w wolnych chwilach również rękodzielniczka, poleciła nam jego dzieła na Instagramie. Przebieg spotkania z Calabarte był dosyć nietypowy – na początku to my odpowiadamy na pytania dotyczące losów rzemieślników i artystów w Warszawie. Z czasem przenosimy się do pracowni artysty, która mieści się w jego mieszkaniu. To jeden niewielki pokój. Przemek wspomina, że jego marzeniem (i planem na najbliższe lata) jest dom w Karkonoszach i wydzielenie kilku pomieszczeń na przestrzeń roboczą, w której mógłby swobodnie projektować i wykonywać swoje lampy. Projekt Pracownie: Wszystko zaczęło się od tego, że mama podarowała Ci tykwę. Przemek: Część mojej rodziny pochodzi ze świętokrzyskiego. W 2008 roku na Święto Zmarłych moja mama kupowała od okolicznego ogrodnika kwiaty i właśnie u niego w ogrodzie wypatrzyła tykwę. Dostała jedną w prezencie, a ja odebrałem ją dopiero po dwóch miesiącach. To był cud, że tykwa nie zgniła. Suszenie owoców, tak aby nie było na nich żadnych przebarwień i mankamentów, to trudna sztuka. Kiedy zobaczyłem tę tykwę, zacząłem się zastanawiać, co mógłbym z nią zrobić. Koncepcje podpowiedział Internet – znalazłem lampy, które są w restauracjach Sphinx. Uznałem, że zrobię taką dla siebie. Kupiłem bardzo prosty sprzęt, a po pracy i uczelni powoli realizowałem projekt. To była bardzo prosta lampa, miała zaledwie dwie średnice otworów, wykorzystałem w niej kolorowe koraliki na wzór lamp tureckich. Nie ukrywam, że jej wykonaniu towarzyszył ogromny chaos. Tykwę musiałem okorować i oczyścić od środka, ale większość pracy sprowadzała się głównie do nawiercania otworów i wklejania koralików. Koncepcja zmieniała się w trakcie tworzenia. Robiłem ją mniej więcej dwa tygodnie. Byłem wtedy na studiach i pomyślałem, że skoro lampy à la Sphinx kosztują około 200–300 złotych, mógłbym sobie dorobić, sprzedając takie produkty w sieci. Poza tym to zajęcie bardzo mi się spodobało. Kolejne trzy tykwy kupiłem na Allegro, a wykonane z nich lampy podarowałem szkole bębniarskiej, do której chodziłem – CityBumBum. Liczyłem, że ktoś je tam wypatrzy i dzięki temu będę miał kolejne zamówienia. Oczywiście te, które trafiły na salę zajęciową, były już nieco bardziej przemyślane i poświęciłem im więcej czasu. Kiedy pojawił się pierwszy klient? W zasadzie dosyć szybko. Był to mój znajomy i kupił ode mnie łącznie sześć lamp na przestrzeni dwóch lat. Wtedy ich design był nieco inny, dodawałem jeszcze koraliki ale wzory były coraz bardziej złożone. Cały czas się uczyłem, szukałem nowych technik i rozwiązań technicznych. W tym czasie wykonałem również pierwsze kinkiety, a później lampy stołowe. Te zamówienia były dla mnie bardzo mobilizujące i mogłem się dzięki nim wiele nauczyć. Wycena produktów była zbieżna z podobnymi projektami, które widziałem w Internecie. Pierwszy zagraniczny klient pochodził z Holandii. Chodziłeś na kursy obróbki drewna? Rękodzielnicze? Wszystkiego uczyłem się sam. Zawsze bardzo lubiłem prace manualne i nieźle mi to wychodziło. Co ciekawe studiowałem budownictwo i jestem przede wszystkim umysłem ścisłym. Myślę, że gdybym był „typowym” artystą humanistą, moja sztuka by tak nie wyglądała. Wykonanie moich lamp wymaga dużej wiedzy technicznej. To opracowanie procesu, kolejności wykonywanych czynności. Nad jednym projektem pracuję nawet pół roku, wszystko musi być dokładnie zaplanowane i poukładane. Bardzo pomaga mi w tym wyuczone uporządkowanie, zamiłowanie do geometrii i harmonii w pracy. Kiedy ogląda się ewolucję moich lamp, można zaobserwować, jak wyglądała moja nauka i jak dojrzewałem do pewnych rozwiązań. Eksperymentowałem z narzędziami, farbami, materiałami. Wiedziałem, że nie chcę powtarzać wzorów lamp – nie zależało mi jedynie na szlifowaniu swoich umiejętności, chciałem mieć miejsce na kreatywność, proces twórczy. Kiedyś brałem udział w Targach Sztuki w Poznaniu, wystawiałem tam swoje lampy – gościnnie, na stoisku znajomej. Kosztowały wtedy już około 1200 złotych i nie znajdowały na polskim rynku odbiorców – uznano je za bardzo drogie. Niemniej jednak odwiedził nas wtedy pewien pan, który podpowiedział mi, że w podstawach powinienem wykorzystywać woskowany sznurek jubilerski, bo wygląda dużo estetyczniej niż ten, którego wówczas używałem. Pamiętam, że od tamtej pory zacząłem wykorzystywać ten materiał i do tej pory to robię. Zatem tak też można się uczyć. (śmiech) Jak to się stało, że z pomysłu na robienie lamp, żeby dorobić na studiach, nagle powstała światowej sławy marka produktów luksusowych? To działo się bardzo powoli i naturalnie co niezwykle mnie cieszy. Na początku po prostu wrzucałem zdjęcia moich lamp do sieci na kilka portali – DeviantArt, Digart, Flickr… Produkty sygnowałem swoimi inicjałami i datą wykonania projektu. Nazwa Calabarte powstała chyba przy drugiej lampie stołowej, ale nie miałem wtedy nawet strony internetowej. Na początku kupowali je znajomi, z czasem znajomi znajomych i osoby, które trafiły na zdjęcia moich lamp na wspomnianych portalach. Wybierałem te platformy, bo liczyłem na to, że one otworzą mi ścieżkę na rynki międzynarodowe. To był powolny proces. Powstawały nowe, coraz lepsze lampy, a zainteresowanie rosło. Nie miałem wystawy, na której znawcy sztuki powiedzieliby, że warto zainwestować w moją twórczość. Udało mi się osiągnąć ten poziom, bo pojawił się popyt na moje produkty w konkretnej grupie estetycznej, a ja nie stałem w miejscu. W niektórych wywiadach wspominasz, że początki działalności były bardzo trudne i przez długi czas Twoja sytuacja materialna była nie do pozazdroszczenia. Postawiłeś wszystko na jedną kartę – rzuciłeś studia, zrezygnowałeś z pracy w pracowni architektonicznej… Kiedy nastąpił przełom? Dojrzewanie do decyzji o rzuceniu studiów i pracy trwało rok. Na początku starałem się łączyć zamiłowanie do tworzenia lamp z codziennymi obowiązkami. Prywatnie planowałem wówczas wyjazd do Kanady i wiedziałem, że moja siedmioletnia historia studiowania budownictwa dobiega końca. (śmiech) Myślałem o radykalnej zmianie, ale brakowało mi odwagi i odpowiedniego bodźca. W czasie kiedy musiałem zrezygnować z wyjazdu do Ameryki Północnej, w szkole bębniarskiej pojawiła się opcja udziału w warsztatach w Senegalu. Wiedziałem, że ten wyjazd dobrze mi zrobi i będę miał czas na poukładanie pewnych spraw. Moi rodzice przyjęli tę decyzję z entuzjazmem, bo nie byli zachwyceni moimi poprzednimi planami wyjazdowymi – nie wiedzieli wtedy, że tuż przed wyjazdem rzuciłem studia i pracę. (śmiech) Już w drodze do Afryki wiedziałem, że będę szukać tam tykw. Zdawałem sobie sprawę, że różnica między afrykańskimi i polskimi tykwami jest znacząca. Przede wszystkim okrągły kształt najlepiej nadawał się na lampy, a poza tym jakość afrykańskich tykw była dużo lepsza. Miałem misję znalezienia naprawdę perfekcyjnych okazów. Specjalnie zabrałem ze sobą z Polski worki i folię bąbelkową, żeby przywieźć wysuszone owoce. Na miejscu okazało się, że chociaż oczywiście tykw nie brakuje, kupienie ich w całości, a nie w połówce, jest nie lada wyzwaniem. Dzięki uprzejmości znajomego Senegalczyka dotarłem do osoby, która sprzedała mi 20 sztuk. W jaki sposób przywiozłeś do Polski 20 tykw? Do mojego plecaka zmieściły się trzy, ale przecież było ze mną jeszcze dwanaście osób. (śmiech) Dałem niektórym po tykwie do plecaka. Nadałem też dodatkowy bagaż do samolotu – worek pełen wysuszonych owoców. Co zabawne, absolutnie nikogo na lotnisku w Polsce nie zainteresowało, po co je przewożę. (śmiech) Wróciłeś z górą tykw i…? Po powrocie do Polski nie miałem ani pracy, ani studiów. Za to liczba długów była coraz większa. Nie mieszkałem już z rodzicami, musiałem płacić rachunki, ciągle się zapożyczałem. W ogóle nie mogłem wyjść finansowo na prostą. Rodzice byli dla mnie wówczas ogromnym wsparciem, za które jestem im niezwykle wdzięczny. Oczywiście bardzo się o mnie martwili, ale byłem zdeterminowany i pewny, że wybrałem odpowiedni pomysł na życie. Pierwsza lampa wykonana z afrykańskiej tykwy była inspirowana globusem. Poświęciłem jej bardzo dużo czasu i jej zdjęcie zostało wyróżnienie na DeviantArt. Wtedy na moją skrzynkę mailową zaczęły spływać wiadomości, ludzie zaczęli dopytywać o moją działalność. Pracowałem już wtedy nad kolejnymi, jeszcze bardziej złożonymi lampami. Porzuciłem szklane koraliki i skupiłem się na rzeźbieniach, przez które pięknie przenika światło. Powstawały kolejne lampy, głownie stołowe. Jakiś czas później postanowiłem wystawić jedną z lamp na eBay, ale po dwóch tygodniach aukcji nie znalazła nabywcy. Miałem u siebie dwie bardzo pracochłonne lampy i czekałem prawie półtora miesiąca, żeby ktoś się nimi zainteresował. W finale trafiły do Meksyku i Francji. W 2011 roku w Internecie na jednej z bardziej znanych stron pojawił się duży artykuł o moich lampach i nagle zacząłem dostawać setki maili. To było super, ale przecież ja nie miałem na stanie gotowych lamp na sprzedaż. (śmiech) Potem zrobiłem bardzo charakterystyczny model, lampę z kolcami, i ponownie próbowałem sprzedać ją za pośrednictwem eBaya. Wystawiłem ją za 700 euro i w drodze licytacji jej wartość wzrosła aż dwukrotnie. Szybko wyciągnąłem wniosek, że powinienem zwiększyć cenę lamp, skoro ludzie są skłonni za nie zapłacić nawet 1400 euro. Wtedy pojawiło się Calabarte? Tak, wtedy działałem już po szyldem Calabarte. Musiałem zastanowić się nad formą dystrybucji i promocji lamp. Dostawałem sygnały, że przy takich produktach licytowanie ich na platformie sprzedażowej nie do końca jest odpowiednie i dla niektórych niewygodne. Stworzyłem stronę internetową i zdecydowałem się na uruchomienie newslettera, który do dzisiaj jest dla mnie najważniejszą formą informowania o moich pracach i ich sprzedaży. Zacząłem wysyłać do zainteresowanych osób datę premiery kolejnej lampy i sprzedawałem ją pierwszej osobie, która się po nią zgłosiła. Pamiętam, że wtedy ich koszt szacowałem już na około 2000 dolarów. To była cena, którą zaczęły mi sugerować osoby ze środowiska. Słyszałem, coraz częściej, że jeśli chcę działać na rynku międzynarodowym, powinienem utrzymywać pewien poziom cenowy. Mimo takich kosztów lampy sprzedawały się czasem dosłownie w minutę. Rosła społeczność osób czekających na kolejne projekty. Wiedziałem, że osoby śledzące moją twórczość mają coraz wyższe oczekiwania. Niektóre wzory projektowałem nawet miesiąc, opracowywałem ich geometrię. Produkty były coraz bardziej złożone – stawiałem na detale i jakość, coraz więcej elementów rzeźbiłem. W tym modelu sprzedaży pracowałem mniej więcej trzy lata. Z czasem nieco go zmodyfikowałem – dawałem 8-godzinne „okienko” czasowe i jeśli było więcej zainteresowanych osób, czekałem na najlepszą ofertę. Pamiętam, że jedną z lamp wyceniłem na 9000 dolarów. Interesowało się nią 5 osób, a w finale została kupiona za ponad 11 000 dolarów i poleciał do Arabii Saudyjskiej. W 2016 roku, znajomy i posiadacz 6 z moich pierwszych lamp, o którym wcześniej wspominałem poprosił mnie o pomoc w sprzedaży lamp, które kiedyś ode mnie nabył. Podjął taką decyzję ze względów osobistych. Z moją pomocą miał większą szansę na finalizację transakcji za rozsądną cenę. Wystawiliśmy je wspólnie na eBayu za symboliczne 100 dolarów od sztuki. To były lampy z samego początku mojej działalności, więc poziomem bardzo odbiegały od tego co robię teraz. Opisaliśmy dokładnie, w jakich latach nad nimi pracowałem. W czasie licytacji kwoty wzrosły średnio do 2000 dolarów za lampę. To też był dla mnie znak, że marka Calabarte jest już wartością samą w sobie. Ludzie inwestowali w moje lampy, chociaż to były pierwsze projekty. Chcieli mieć je u siebie, bo były wykonane przeze mnie. To było niesamowite uczucie. Kiedy myśli się o cenach moich lamp, trzeba zwrócić uwagę na ewolucję ich jakości, wzornictwa i czas, który poświęcam na wykonanie pojedynczego modelu. W 2011 roku stworzyłem 8 lamp, ale w 2012 – już tylko 5. W 2013 roku zacząłem prace nad pierwszymi lampami podłogowymi i wykonałem jedynie dwie. Tak, jak wspominałem, czasem nad jedną lampą pracuję ponad pół roku, a nie kilka tygodni. Poza tym, że tworzenie lampy to proces twórczy i koncepcyjny oraz fizyczna praca, jak każdy prowadzący pracownię rękodzielniczą muszę również odpisywać na maile, zarządzać kanałami w social mediach, przygotowywać odpowiednie zdjęcia lampy, materiały promocyjne… Nie wolałbyś zatrudnić kogoś, kto zająłby się promocją Twojej marki? Pewnie jak każdy twórca najchętniej zająłbym się tylko wykonywaniem swoich projektów, a całą resztę oddał w czyjeś ręce, ale to nie jest takie proste. Prawda jest taka, że chciałbym mieć kontrolę nad wszystkimi informacjami, które pojawiają się na moich kanałach. Moja żona starała się mnie wspierać w promocji lamp, ale zawsze miałem jakieś „ale”. Lena żartuje, że mam za duże oczekiwania i nikt nie sprosta wymaganiom dotyczącym marketingu mojej marki. Pytanie tylko, w jakim stopniu faktycznie takie działania będą mi potrzebne… Zależy Ci na tym, żeby o Twojej sztuce wiedzieli wszyscy, czy tylko osoby, które faktycznie na nią stać? Chciałbym docierać do obu tych grup. Moja sztuka pełni funkcje użytkowe – to nie tylko dzieło, które stoi i wygląda, ale przede wszystkim źródło klimatycznego światła. Lampy z tykwy nie są żadną innowacją – mnie zależało na bardzo wysokiej jakości wykonania i tutaj można powiedzieć, że innowacyjny jest poziom, który udało mi się w tym osiągnąć. Oczywiście chciałbym, żeby moja twórczość była w Polsce znana. Nawet jeśli kogoś nie stać na zakup moich projektów, to być może będą dla niego inspiracją. W czasie mojej działalności przydarzyło mi się już kilka sytuacji kiedy moja praca miała realny wpływ na drugą osobę. Kiedyś odezwał się do mnie chłopak z Wilna, który był entuzjastą moich lamp. Chciał zrobić sobie podobną, ale przy wykorzystaniu kokosa. Nie mógł poradzić sobie z osiągnięciem zamierzonego efektu świetlnego i spytał mnie o radę. Zasugerowałem mu, żeby zastosował inne żarówki i dałem kilka innych podpowiedzi. Udało mu się wykonać tę lampę i w konsekwencji, po jakimś czasie… zajął się produkcją kolejnych zawodowo. Miał nieco inny model biznesowy niż ja – ich cena wynosiła około 200–250 dolarów. To była taka mała manufaktura, robili nawet do 30 lamp miesięcznie. Nasza znajomość trwa do dzisiaj – Vainius zajął się teraz produkcją małych lamp z tykwy, które nawiązują nieco do stylistyki moich projektów. Działa pod marką Nymphs Lamps. Objąłem jego działania swoim patronatem i gorąco go wspieram (zobacz projekty Vainiusa Kubiliusa na KickStarterze – przyp. red). Dzięki niemu osoby, którym podobają się moje projekty, mogą kupić ich dużo tańszy i prostszy odpowiednik, i również cieszyć się klimatycznym światłem w domu. Historia tej znajomości pokazuje, że swoją pracą można nie tylko zarobić na utrzymanie, ale też pomóc komuś odnaleźć swoją ścieżkę. To super uczucie! Vainius zdecydował się na założenie manufaktury, a jak będzie z Calabarte? Calabarte nigdy nie będzie manufakturą. Nie chcę być jedynie właścicielem marki – moi odbiorcy decydują się na projekty, które wykonuję osobiście, są efektem mojej pracy, mojej koncepcji. Chcę, żeby klienci mieli świadomość, że włożyłem w każdą lampę swoje serce, od początku do końca. To największa wartość moich dzieł. Uważam też, że w świetle i tykwie jest jeszcze wiele do odkrycia. Nowa pula technik i wzorów… Chciałbym to zagadnienie dalej eksplorować. Twoje lampy to produkty skierowane do osób o specyficznej wrażliwości i estetyce. Nie boisz się, że nie idąc za trendami, prędzej czy później moda na Calabarte się skończy? Twoja stylistyka nie pasuje do minimalistycznych wnętrz. Mam świadomość, że moja sztuka nie jest i nie była osadzona w trendach. Biorąc pod uwagę ilość lamp, jakie wykonuję, określenie „moda na Calabarte” nigdy nie miało racji bytu. Lampy nie pasują do każdego wnętrza, design idzie w innym kierunku. Niemniej jednak dla mnie ta estetyka jest naturalna. Nie chcę robić czegoś, bo taka jest akurat moda. Poza tym każda moda przemija, a ja chciałbym tworzyć coś ponadczasowego. To musi wychodzić ze mnie, a nie być wyrachowanym stosowaniem sprawdzonych rozwiązań. Myślę, że nawet gdybym próbował uprościć projekty, prędzej czy później znów bym je komplikował, żeby zmierzyć się z nowym wyzwaniem. Oczywiście dla mnie rozwój nie oznacza jedynie wymyślania coraz bardziej złożonych wzorów, to zawsze będzie szukanie odpowiedniej formy wyrazu, czasem właśnie prostszej. Wszystko, co robię, musi korespondować z moim stylem. Jak sądzisz, dlaczego nie jesteś obecnie popularny w Polsce tak jak w innych krajach? Myślę, że w Polsce ludzie częściej potrzebują autorytetu, który pokaże im, jaka estetyka jest warta uwagi. U nas to, że produkt jest wysokiej jakości i do tego atrakcyjny wizualnie, to często za mało. Potrzebne jest coś w rodzaju wsparcia instytucjonalnego, którego moja marka na razie nie ma. Jakiś czas temu kontaktowałem się ze znanym polskim domem aukcyjnym i, mimo że byli pod dużym wrażeniem mojej twórczości to odpowiedzieli dość jasno, że polski rynek i ich klienci nie są jeszcze przyzwyczajeni ani gotowi na tego typu sztukę/design oraz na inwestowanie w nową sztukę użytkową. Jak właściwie powstają Twoje lampy? W tej chwili mam spory zapas wysuszonych tykw do pracy. Pochodzą z Mali, Gwinei czy Senegalu. Na początku usuwam z nich skórę. Używam do tego… noża kuchennego, druciaka i wody. Serio. (śmiech) Po przygotowaniu tykwy najczęściej rysuję na niej siatkę pomocniczą, na której szkicuję wzór. Często związane jest to z precyzyjnymi konstrukcjami geometrycznymi. Kiedy jestem już pewny koncepcji, wszystko dokładnie poprawiam markerem i graweruję kontury wzoru, a następnie zmywam rozpuszczalnikiem przygotowany rysunek, aby zostały tylko kontury. Tak, w bardzo dużym uproszczeniu, wygląda pierwszy etap pracy. Później przychodzi czas na malowanie, oczyszczanie tykwy w środku, rzeźbienie, a na końcu wiercenie otworów. Sposób pracy nad projektami ewoluował w czasie. Właściwie co roku coś się zmienia. Kiedyś pracowałem nad jedną lampą, dopóki jej nie skończyłem. Teraz daję sobie czas na opracowanie wizji, czasem zostawiam tykwę na kilka tygodni i wracam do niej ponownie. Mam coraz większe oczekiwania względem siebie, więc etap projektowania trwa znacznie dłużej. W większości przypadków szkic wykonuję bezpośrednio na wysuszonym owocu, bo wtedy najlepiej widać, jak całość prezentuje się na powierzchni sferycznej. W tykwie czasem widoczne są pewne mankamenty. Teraz, kiedy większość z nich sprowadzam, wybieram oczywiście takie, których wady nie mają wpływu na koncepcję. Wiele przebarwień można jednak usunąć na poziomie rzeźbienia, dlatego akceptuję pewne nierówności. To również sprawia, że każda lampa jest niepowtarzalna. Podczas etapu rzeźbienia często pracuję po ciemku, posiłkując się jedynie wewnętrzną żarówką lampy, aby dokładnie widzieć, jak głęboko mogę rzeźbić, aby uzyskać najlepszy efekt. Gdy rzeźbienia są gotowe (czasem trwa to miesiąc lub dłużej), przychodzi czas na otwory – każdy z nich musi być nawiercony idealnie w kierunku źródła światła – inaczej nie osiągnąłbym zamierzonego obrazu świetlnego. Tykwa nie jest idealną kulą, to tylko jej przybliżony kształt, więc przy każdym nawiercanym otworze kontroluję jego kierunek. W niektórych lampach podłogowych może to być nawet 30 tysięcy otworów o 20 różnych średnicach. Grube tykwy wymagają największej precyzji przy nawiercaniu. Do malowania tykwy używam bejc rustykalnych i naturalnych olejów do drewna. Gdy głowica lampy jest gotowa wykonuję podstawę. Najbardziej pracochłonne są podstawy lamp stołowych, a ich budowa jest moją tajemnicą. Wykorzystujesz wiertła dentystyczne? Moim głównym narzędziem pracy jest turbina protetyczna i wiertła dentystyczne. Używam również multiszlifierki Dremel. Bardzo lubię sklepy z akcesoriami dla dentystów. Kiedyś nawet sprzedawca zwrócił się do mnie „panie doktorze”, a później był bardzo zaskoczony, że jestem artystą i frezów używam do tworzenia lamp. Twoje zaproszenie było dla nas sporym zaskoczeniem. Jesteś niesamowicie skromną osobą, jak na kogoś, kto osiągnął międzynarodowy sukces. Nie spodziewaliśmy się, że odpiszesz na Instagramie… Nie chciałbym być artystą, który nie odpisuje ludziom na maile i wiadomości. Sam kiedyś trafiłem na osoby, które mnie zignorowały. To nie jest w porządku. Człowiek nigdy nie jest tak zarobiony, żeby nie mógł podziękować za miłe słowa, choćby i z opóźnieniem. Wiadomo, że nie każdy kupi moją lampę, ale to, że ją docenia to ogromna wartość. Ktoś generuje dla mnie dobro, a ja mam to zignorować? Bardzo to szanuję. Nie chciałbym zmieniać swojego podejścia. Ja dochodziłem do miejsca, w którym jestem powoli, małymi krokami, właśnie dzięki temu, że ludzie docenili moje starania. Zawsze będę o tym pamiętał. Staram się mieć w sobie pokorę i być po prostu normalnym gościem bez rozbuchanego ego.
lampa z tykwy jak zrobić